Były dowódca wojsk ONZ zadaje pytanie: „Gdzie się podziały te wszystkie ciała?

„Niezwykle niepokojąca jest myśl, że zachodnia opinia publiczna była świadomie wprowadzana w błąd, okłamywana, aby utrzymać jedność sojuszu NATO i aby usprawiedliwić bombardowanie suwerennego narodu” - stwierdza generał (w stanie spoczynku) Lewis MacKenzie.

Gdzie się podziały wszystkie ciała?

Gen. Lewis MacKenzie (przesłane 10.11.99)

Demokratyczni przywódcy krajów zachodnich mają z reguły do dyspozycji najlepsze, przetworzone informacje, dostarczane przez  wyspecjalizowane służby - informacje te służą do tego, aby im pomóc w podejmowaniu decyzji.  Niestety, informacje te często są tajne i nie mogą zostać ujawnione ogółowi - albo  z obawy przed zdemaskowaniem „źródła”, co mogłoby zagrozić życiu agenta, albo też  z obawy przed mimowolnym ostrzeżeniem potencjalnego wroga, jakie ma się do dyspozycji najnowocześniejsze systemy uzyskiwania informacji.  (...)

Przed rokowaniami w Rambouillet w marcu 1999, których celem miało być znalezienie dyplomatycznego rozwiązania  w sytuacji wojny domowej, toczącej się wówczas między siłami prezydenta Jugosławii Slobodana Miloszevicia a Wyzwoleńczą Armią Kosowa, dążącą do niepodległości, dowiadywaliśmy się z mediów, że w tej wojnie, w roku 1998 i w pierwszych miesiącach 1999 r., zginęło  ok. 2 tysięcy ludzi. Wśród tych ofiar było 650 Serbów, resztę stanowili etniczni Albańczycy.  Liczba ta wydawała się wiarogodna, była również zbliżona do liczby ofiar trwających „niepokojów” w Irlandii Północnej. 

Tuż przed zerwaniem rozmów w Rambouillet  i rozpoczęciem przez NATO kampanii bombardowań sił serbskich w Serbii, Czarnogórze i w Kosowie brytyjski premier Tony Blair  oświadczył, że NATO musi działać, by uratować od śmierci  „tysiące niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci”.  Amerykański Departament Stanu często powoływał się na „ludobójstwo” w Kosowie - dość zaskakujące określenie ze strony administracji USA, zważywszy, że Waszyngton nie życzył sobie użyć terminu „ludobójstwo” gdy była mowa o rzezi przeszło 500 tysięcy Tutsich i ich sprzymierzeńców w Ruandzie w 1993 r.

Przez cały czas wojny z Jugosławią przedstawiciele NATO na briefingach przypominali zgromadzonym dziennikarzom o przerażającej hekatombie, jakiej ofiarą pada waśnie społeczność albańska w Kosowie, i posługiwali się tym argumentem dla uzasadnienia kontynuacji i intensyfikowania bombardowań.  Dziesiątki zachodnich reporterów, przebywających w obozach uchodźców w Macedonii i w Albanii, skwapliwie powtarzały słowo w słowo opowieści uchodźców o okrucieństwach i masowych morderstwach - opowieści, których prawdziwości nie było jak sprawdzić.

Przemieszczanie mieszkańców na wielką skalę przez serbskie siły bezpieczeństwa niewątpliwie miało miejsce. . Jednym z głównych celów, jakie deklarowało NATO, było jednak położenie kresu mordowaniu niewinnej ludności cywilnej.  Już na początku wojny, nie wiadomo skąd, pojawiła się liczba 10-11 tysięcy  zamordowanych Albańczyków w Kosowie - ta liczba była powtarzana podczas każdego briefingu NATO.  Bez tej stale cytowanej informacji solidarność sojuszu mogła się wykruszyć. Przymusowe przesiedlanie, zwłaszcza w tym rejonie,  dla wielu państw członkowskich nie stanowiłoby wystarczającego usprawiedliwienia dla interwencji NATO  - przychodzi tu na myśl Francja, Niemcy, Grecja i Włochy.

Od czasu tej wojny minęło już cztery miesiące, w czasie których dochodzenie  prowadziły ekipy śledcze z 15 krajów, z Kanadą włącznie. Teraz wielu Europejczyków zadaje pytanie: gdzie są ciała ofiar?

Zbadano już 150  spośród 400 miejsc, w których miały się mieścić masowe groby. Międzynarodowy Trybunał ds. Zbrodni w byłej Jugosławii  (ICTY)  za masowy grób uznaje każde miejsce pochówku, w którym znajduje się więcej niż jedno ciało.  Ekipy zostały wysłane najpierw do najbardziej prawdopodobnych miejsc, niektóre z tych miejsc widniały na zdjęciach lotniczych, pokazywanych podczas codziennych briefingów NATO. Domniemane masakry, dokonane w tych miejscach, były potwierdzone przez większą liczbę świadków i zakładano, że znalezienie potrzebnych dowodów zbrodni będzie więcej niż łatwe.

Do dzisiaj znaleziono niespełna 500 ciał, spośród których setki było pochowanych indywidualnie - czegoś takiego nie można by się spodziewać w przypadku kampanii masowych morderstw. Ekipy śledcze wyrażają swoją frustrację, gdy próbują sprawdzać konkretne relacje o masakrach i w dokładnie wskazanym miejscu nie znajdują niczego.

Miejscem niewątpliwie najbardziej znanej i najokropniejszej zbrodni, o jaką oskarżało Serbów NATO, była niesławna kopalnia w Trepczy, gdzie - według danych  prezentowanych mediom - co najmniej 700 zamordowanych kosowskich Albańczyków wrzucono do szybów lub rozpuszczono w wannach, wypełnionych kwasem solnym. Ekipa samego  ICTY zbadała to miejsce i nie znalazła żadnych dowodów na poparcie tych oskarżeń.

Są tacy, którzy mają nadzieję, że uda się znaleźć jeszcze 9 tysięcy ciał , aby obronić tezę NATO, mającą usprawiedliwić prowadzone przez sojusz bombardowania. Nie należę do tych osób. Jestem szczęśliwy, że w toku ekshumacji odkrywa się tylko drobny procent pierwotnie podawanej liczby zamordowanych.  Mam nadzieję, że to oznacza, że zginęło o 9 tysięcy istnień ludzkich mniej. niż kazano nam wierzyć. Mam nadzieję, że NATO się z tym zgodzi.

Są to dobre wiadomości. Niezwykle niepokojąca jest natomiast świadomość, że zachodnia opinia publiczna była świadomie wprowadzana w błąd, że posługiwano się kłamstwem, by utrzymać jedność sojuszu i by uzasadnić bombardowanie suwerennego państwa.

Ten brak dowodów nie jest tematem dnia w Ameryce Północnej, gdzie  możemy sobie pozwolić na luksus uznania, że Kosowo należy do przeszłości. Inna jest sytuacja w Europie, gdzie wiele rządów ufało informacjom podawanym przez źródła amerykańskie.  Jeżeli wyjdzie na jaw, że rządy te świadomie częstowały swych obywateli kłamstwami lub były wprowadzone w błąd przez Amerykanów, może to oznaczać poważne ryzyko dla solidarności NATO - ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Być może powinniśmy się trzymać tego, co sojusz potrafi najlepiej - obrony!